Jak nie temperować czekolady czyli temperówka (nie taka znów) pomocna

Jak nie temperować czekolady czyli temperówka (nie taka znów) pomocna

Jak już pisałam ostatnio (tu) temperowanie czekolady trochę mi nie idzie ostatnimi czasy. Postanowiłam się trochę wspomóc technologią i zakupić temperówkę. W naszym pięknym kraju jedyne modele dostępne to modele przemysłowe, których cena zaczyna się  od kilkunastu tysięcy złotych. Postanowiłam trochę pogrzebać w internetach w poszukiwaniu czegoś bardziej na moją kieszeń. Ku mojej radości znalazłam małą temperówkę do domowego użytku marki ChocoVision- pełna nazwa to C116MINIREV1 Rev Chocolate Tempering Machine, Mini. Cena oscyluje wokół 350 USD. Może nie jest najniższa ale dla kogoś, kto tak jak ja temperuje niemal bez przerwy,  taka inwestycja szybko by się zwróciła. Niestety ten model nie jest dostępny w Polsce a zatem musiałam dokonać zakupu w Stanach. Przed wyjęciem karty kredytowej z portfela dopytałam pięciu o osób  o wykształceniu technicznym, czy aby na pewno mogę zaszaleć z zakupem i czy podaż 230 volt na urządzenie przeznaczone na 110 volt jest bezpieczna. Od każdej z zapytanych przeze mnie osób usłyszałam inną wersję tego co powinnam zrobić, żeby taki sprzęt się nie spalił. Ostatecznie za namową Pana Technicznie Ogarniętego zdecydowałam się na zakup adaptera US – PL z uziemieniem i zabezpieczeniem przeciwprzepięciowym. Z drżeniem rąk i serca podłączyłam dziś mój nowy nabytek do prądu. I działał!! Całe 15 sekund zanim coś w nim pyknęło i się wyłączył… I to by było na tyle mojej przygody z automatycznym temperowaniem. Chyba jestem skazana na termometr cukierniczy przez następnych parę miesięcy. Generalnie Polak a także Polka mądrzy po szkodzie. Dopiero gdyby stałam się biedniejsza o jedną temperówkę zorientowałam się jakie miałam szczęście, że nie spaliłam sobie domu ani nie poraził mnie prąd.   A tak by działała gdyby działała :...
Bean-to-bar. Z czym to się je?

Bean-to-bar. Z czym to się je?

Bean to bar to pojęcie stosunkowo nowe w Polsce, jednakże na świecie ta technika produkcji czekolady znana jest od dawna. Na czym więc polega produkcja bean to bar i co czyni ją na tyle wyjątkową, że coraz więcej małych manufaktur czekolady umieszcza na etykiecie z niemałą dumą informację o zastosowaniu właśnie tej techniki? Bean to bar oznacza produkcję od ziarna kakao do tabliczki. Przetłumaczyłam trzy angielskie słowa, więc teoretycznie mogę odhaczyć wpis jako zrobiony i pójść od kompa porozkoszować się filiżanką zielonej herbaty wieczorową porą. No dobra , a teraz na poważnie. Skoro temat został już polizany przez szybkę to rozpracujmy go do końca i to biegusiem, bo wspomniana herbata stygnie. Jak powstaje kochana przez wszystkich (?) czekolada? Głównym składnikiem każdej czekolady, oprócz rzecz jasna białej, jest miazga kakaowa.  Jak wiadomo miazga nie rośnie na drzewie, tylko jest produktem przetworzonym. Jak zatem wygląda proces technologiczny? Najpierw ziarno kakao zostaje zebrane. Następnie układa się je na wilgotnych matach przykryte liśćmi bambusowymi, żeby zaszedł proces fermentacji (taki surowiec służy do produkcji czekolad  surowych).  Sfermentowane ziarno ciemnieje sprawiając wrażenie przypieczonego. Fermentacja polepsza smak kakao sprawiając, że traci gorzkawy posmak. Po zakończeniu fermentacji kakao zostawia się, nierzadko na parę tygodni, na słońcu aby wyschło. W dalszej kolejności ziarno się praży. Prażenie Uwaga techniczna! Większość ziaren kakao dostępnych na rynku detalicznym jest jedynie fermentowana a nie prażona. A zatem jeżeli chcemy się pobawić w bean to bar w domu musimy kakao uprażyć w piekarniku. Wystarczy wyłożyć ziarno kakao na blachę i wstawić do piekarnika na 10-20 minut i prażyć w temperaturze 120-180 º C   Tak przygotowane ziarno następnie się konszuje. Konszowanie pochodzi od hiszpańskiego słowa concha oznaczającego...
Czekoladki na Dzień Matki- solony karmel w nowej odsłonie

Czekoladki na Dzień Matki- solony karmel w nowej odsłonie

O rany Julek! Nie wiem całkiem jak to się stało, ale mam od miesiąca dwie notki rozgrzebane. Writer’s block i proza życia chyba mnie zżarły, bo niestety nie mogę wyjść poza dwa akapity. Tymczasem dla rozluźnienia zerkam w kalendarz, a tam: Mamma Mia! Dzień Matki już za pasem! Tym razem postanowiłam wyprzedzić kalendarz i zrobić czekoladki na prezent już dziś. Na początek musiałam się zastanowić,  jakie powinny być czekoladki na Dzień Matki? Na pewno wyjątkowe i niepowtarzalne (ach te wyświechtane banały, wszyscy je kochamy ).  Na pewno powinny być w kształcie serca, najlepiej czerwonego bądź różowego. Ale nadzienie? Jakie nadzienie będzie najlepsze? Następny akapit będzie wydumany (parental advisory!), więc co wrażliwsze jednostki powinny być przygotowane na mimowolne zgrzytanie zębami. Chciałam, żeby czekoladowe serca swym wnętrzem oddawały  niepowtarzalność relacji między matką a dzieckiem. Mówi się (ekhem, prasa kobieca tak twierdzi), że relacja matki z córką jest jedną z najtrudniejszych relacji międzyludzkich. Mając doświadczenie jednostronne  stwierdzam, że ta relacja na pewno jest barwna i zdecydowanie emocje jej towarzyszące  tworzą pełne spektrum. I tu pojawiła się moja odpowiedź! Czekoladki nie powinny być jednoznaczne w smaku. Czyżby kolejny banał skradał się wielkimi krokami….?? Co to oznacza w praktyce? Amerykanie, naród przodujący w kulinarnych wynalazkach tego świata, już jakiś czas temu odkryli hipnotycznie-narkotyczne połączenie słodkiego i słonego (solone precelki albo chipsy w czekoladzie, albo salted caramel!) Kto nie próbował niech czym prędzej naprawi ten błąd. Połączenie na pierwszy rzut oka (ale tylko oka, kubki smakowe to kochają) nieoczywiste, a jednak powalające na kolana. A zatem, Ladies and Gentlemen, prezentuję czekoladki z nadzieniem z solonego karmelu z wkładką niespodzianką! Maestro? Musica! Do zrobienia 20 sztuk...