Czy czekolada może uleczyć złamane serce?

Dawno mnie nie było. Remont zawładnął moim życiem i domem. Jakimś dziwnym trafem metrowy poziom pyłu nie wpłynął na moje pisarskie zdolności (a i chęci) zbyt dobrze. Kto śledzi mojego Instagrama (choca_loca_offical, no agenda), zdążył się zapewne zorientować, że ostatnie zdjęcia znacznie odbiegają od tematyki przewodniej. Ma to  również związek z tym, że zostałam pozbawiona miejsca do pracy, a  temperówka mimo wymiany silnika nadal nie działa. Jednym słowem : katastrofa . Cała ta sytuacja trochę mnie podłamała. Siedzę po ciemnicy i zastanawiam się, czy mogę uleczyć lekko złamane serce czekoladą? Pojęcie „comfort food” chyba jest nieobce wszystkim obżartuchom.  W ramach kojenia smutków wszelakich nierzadko zdarza się nam sięgać po czekoladę, zatem jak najbardziej możemy ją zaliczyć do tej kategorii produktów przynoszących ulgę w cierpieniach (mówcie mi Fräulein Werter). Dlaczego przy wszelkich zawodach sercowych sięgamy akurat po czekoladę? Wyobrażacie sobie sytuację, że dzwoni do was najlepsza przyjaciółka i mówi : „rzucił mnie dziś facet, mam złamane serce (szloch, szloch). Musimy się spotkać i opychać się bobem (tudzież innym kalafiorem czy brukselką)”? Wydawać by się mogło, że cały uzdrawiający duszę trick polega na, tak kojącej, tępionej przez dietetyków,  mieszance cukru i tłuszczu ( o tym czy czekolada tuczy pisałam tu). Jednak te dwa składniki nie przesądzają  jeszcze sprawy . Żeby zrozumieć fenomen czekolady trzeba się cofnąć do jej historii. Wielu łasuchów jest zaskoczonych gdy słyszy pierwszy raz o prozdrowotnych właściwościach czekolady. Oczywiście nie mówimy tu o mlecznej czy białej, ale o tej ciemnej,o co najmniej 70% zawartości dobroczynnej miazgi kakaowej. Czekolada pierwotnie, wśród ludów Mezoameryki, była spożywana w postaci płynnej z dodatkiem chili. Tak przygotowana uchodziła nie tylko za „napój bogów”, lecz również za... czytaj dalej

Suszone śliwki w czekoladzie.

Piątunio. Szósta rano. Dzwoni budzik. Leniwie uwalniam się z objęć Morfeusza. Gdy wychylam się spod kołdry przechodzi mnie dreszcz. Z zimna. Wyglądam za okno- ostre, jesienne niemal, słońce. W tym momencie dociera do mnie , że „wakacje” dopiero minęły półmetek, ale lato już powoli przemija (akurat jesień to moja ulubiona pora roku, nastraja mnie nieco melancholijnie co przy moim charakterze liczy się na plus). Wczesna jesień nieodmiennie kojarzy mi się z bielą i granatem mundurków szkolnych i to mimo tego, że sama uczennicą nie jestem od dawna, a i za moich czasów mundurków w szkołach nie było. A także z pysznymi węgierkami rwanymi z drzewa stojącego w ogrodzie mojej Babci, zżeranymi jeszcze podczas balansowania na drabinie. Dlatego też dziś rano pomyślałam, że czas przygotować najbardziej jesienne z czekoladowych łakoci- suszone śliwki w czekoladzie. Samo suszenie śliwek stanowi nie lada wyzwanie. Jeżeli nie nigdy nie suszyliście śliwek w domu i nie macie suszarki na stanie, zakupcie śliwki już ususzone (ciocia Anuszka radzi- szukajcie tych bez dodatku cukru, postawcie najlepiej na produkty bio). Dlaczego tak? Ano dlatego, że śliwki e zawierają dużo wody przez co proces suszenia niemiłosiernie się wydłuża , a także zawierają dużo cukru.  przez co aż nazbyt  łatwo można je skarmelizować (czytaj : spalić). Dla tych z Was, którzy są na propsie polecam przepis z Poradnika Ogrodniczego . Może komuś suszenie pójdzie lepiej niż mi ( jeżeli tak to nie omieszkajcie mi napisać, będę wdzięczna. Człowiek uczy się w końcu całe życie) Gdy już mamy suszone śliwki, możemy przystąpić do dzieła. Składniki: Suszone śliwki- 50 g Tarta skórka pomarańczowa – łyżeczka Gorzka czekolada 70%  -100g Cynamon – łyżeczka, plus... czytaj dalej

Jak nie temperować czekolady czyli temperówka (nie taka znów) pomocna

Jak już pisałam ostatnio (tu) temperowanie czekolady trochę mi nie idzie ostatnimi czasy. Postanowiłam się trochę wspomóc technologią i zakupić temperówkę. W naszym pięknym kraju jedyne modele dostępne to modele przemysłowe, których cena zaczyna się  od kilkunastu tysięcy złotych. Postanowiłam trochę pogrzebać w internetach w poszukiwaniu czegoś bardziej na moją kieszeń. Ku mojej radości znalazłam małą temperówkę do domowego użytku marki ChocoVision- pełna nazwa to C116MINIREV1 Rev Chocolate Tempering Machine, Mini. Cena oscyluje wokół 350 USD. Może nie jest najniższa ale dla kogoś, kto tak jak ja temperuje niemal bez przerwy,  taka inwestycja szybko by się zwróciła. Niestety ten model nie jest dostępny w Polsce a zatem musiałam dokonać zakupu w Stanach. Przed wyjęciem karty kredytowej z portfela dopytałam pięciu o osób  o wykształceniu technicznym, czy aby na pewno mogę zaszaleć z zakupem i czy podaż 230 volt na urządzenie przeznaczone na 110 volt jest bezpieczna. Od każdej z zapytanych przeze mnie osób usłyszałam inną wersję tego co powinnam zrobić, żeby taki sprzęt się nie spalił. Ostatecznie za namową Pana Technicznie Ogarniętego zdecydowałam się na zakup adaptera US – PL z uziemieniem i zabezpieczeniem przeciwprzepięciowym. Z drżeniem rąk i serca podłączyłam dziś mój nowy nabytek do prądu. I działał!! Całe 15 sekund zanim coś w nim pyknęło i się wyłączył… I to by było na tyle mojej przygody z automatycznym temperowaniem. Chyba jestem skazana na termometr cukierniczy przez następnych parę miesięcy. Generalnie Polak a także Polka mądrzy po szkodzie. Dopiero gdyby stałam się biedniejsza o jedną temperówkę zorientowałam się jakie miałam szczęście, że nie spaliłam sobie domu ani nie poraził mnie prąd.   A tak by działała gdyby działała :... czytaj dalej

Bean-to-bar. Z czym to się je?

Bean to bar to pojęcie stosunkowo nowe w Polsce, jednakże na świecie ta technika produkcji czekolady znana jest od dawna. Na czym więc polega produkcja bean to bar i co czyni ją na tyle wyjątkową, że coraz więcej małych manufaktur czekolady umieszcza na etykiecie z niemałą dumą informację o zastosowaniu właśnie tej techniki? Bean to bar oznacza produkcję od ziarna kakao do tabliczki. Przetłumaczyłam trzy angielskie słowa, więc teoretycznie mogę odhaczyć wpis jako zrobiony i pójść od kompa porozkoszować się filiżanką zielonej herbaty wieczorową porą. No dobra , a teraz na poważnie. Skoro temat został już polizany przez szybkę to rozpracujmy go do końca i to biegusiem, bo wspomniana herbata stygnie. Jak powstaje kochana przez wszystkich (?) czekolada? Głównym składnikiem każdej czekolady, oprócz rzecz jasna białej, jest miazga kakaowa.  Jak wiadomo miazga nie rośnie na drzewie, tylko jest produktem przetworzonym. Jak zatem wygląda proces technologiczny? Najpierw ziarno kakao zostaje zebrane. Następnie układa się je na wilgotnych matach przykryte liśćmi bambusowymi, żeby zaszedł proces fermentacji (taki surowiec służy do produkcji czekolad  surowych).  Sfermentowane ziarno ciemnieje sprawiając wrażenie przypieczonego. Fermentacja polepsza smak kakao sprawiając, że traci gorzkawy posmak. Po zakończeniu fermentacji kakao zostawia się, nierzadko na parę tygodni, na słońcu aby wyschło. W dalszej kolejności ziarno się praży. Prażenie Uwaga techniczna! Większość ziaren kakao dostępnych na rynku detalicznym jest jedynie fermentowana a nie prażona. A zatem jeżeli chcemy się pobawić w bean to bar w domu musimy kakao uprażyć w piekarniku. Wystarczy wyłożyć ziarno kakao na blachę i wstawić do piekarnika na 10-20 minut i prażyć w temperaturze 120-180 º C   Tak przygotowane ziarno następnie się konszuje. Konszowanie pochodzi od hiszpańskiego słowa concha oznaczającego... czytaj dalej

Czekoladki na Dzień Matki- solony karmel w nowej odsłonie

O rany Julek! Nie wiem całkiem jak to się stało, ale mam od miesiąca dwie notki rozgrzebane. Writer’s block i proza życia chyba mnie zżarły, bo niestety nie mogę wyjść poza dwa akapity. Tymczasem dla rozluźnienia zerkam w kalendarz, a tam: Mamma Mia! Dzień Matki już za pasem! Tym razem postanowiłam wyprzedzić kalendarz i zrobić czekoladki na prezent już dziś. Na początek musiałam się zastanowić,  jakie powinny być czekoladki na Dzień Matki? Na pewno wyjątkowe i niepowtarzalne (ach te wyświechtane banały, wszyscy je kochamy ).  Na pewno powinny być w kształcie serca, najlepiej czerwonego bądź różowego. Ale nadzienie? Jakie nadzienie będzie najlepsze? Następny akapit będzie wydumany (parental advisory!), więc co wrażliwsze jednostki powinny być przygotowane na mimowolne zgrzytanie zębami. Chciałam, żeby czekoladowe serca swym wnętrzem oddawały  niepowtarzalność relacji między matką a dzieckiem. Mówi się (ekhem, prasa kobieca tak twierdzi), że relacja matki z córką jest jedną z najtrudniejszych relacji międzyludzkich. Mając doświadczenie jednostronne  stwierdzam, że ta relacja na pewno jest barwna i zdecydowanie emocje jej towarzyszące  tworzą pełne spektrum. I tu pojawiła się moja odpowiedź! Czekoladki nie powinny być jednoznaczne w smaku. Czyżby kolejny banał skradał się wielkimi krokami….?? Co to oznacza w praktyce? Amerykanie, naród przodujący w kulinarnych wynalazkach tego świata, już jakiś czas temu odkryli hipnotycznie-narkotyczne połączenie słodkiego i słonego (solone precelki albo chipsy w czekoladzie, albo salted caramel!) Kto nie próbował niech czym prędzej naprawi ten błąd. Połączenie na pierwszy rzut oka (ale tylko oka, kubki smakowe to kochają) nieoczywiste, a jednak powalające na kolana. A zatem, Ladies and Gentlemen, prezentuję czekoladki z nadzieniem z solonego karmelu z wkładką niespodzianką! Maestro? Musica! Do zrobienia 20 sztuk... czytaj dalej

Jak temperować czekoladę cz.3

Straciłam ostatnio synchrona z Matką Ziemią. Niejedno słowo już spłynęło i wypłynęło na tej stronie na temat temperowania czekolady a jednak od jakiegoś czasu nie potrafię tego ogarnąć w praktyce. Może spadek formy, a może nie ta chemia. W każdym bądź razie, ostatnio nie temperuję najlepiej. W związku z tym postanowiłam się trochę dokształcić. Stąd też kolejna odsłona cyklu „Jak temperować czekoladę”. Dziś będzie dużo teorii, mało praktyki, dlatego proponuję, zanim zasiądziecie do dalszego czytania, zaparzcie sobie ulubioną herbatę. Kiedy już dzierżycie napój w dłoniach, możemy przystąpić do działania, tfu,czytania. Jak już wspomniałam w poprzednim wpisie dotyczącym temperowania czekolady (tu) jedną z niezwykłych właściwości tej substancji, jest to, że idealnie zatemperowana, topi się w temperaturze zbliżonej do temperatury ludzkiego ciała (37°C). Niestety, żeby to osiągnąć trzeba się sporo namęczyć. Jak już wspomniałam, problematycznym czynnikiem jest masło kakaowe, a konkretnie struktury kryształów tegoż. Żeby jeszcze utrudnić sprawę, a także wmieszać trochę fizyki, pragnę dodać, że tzw.  form krystalicznych w maśle kakaowym występuje sześć (!!!) rodzajów. Właściwości poszczególnych typów zebrałam w poniższej tabeli.     Żeby uzyskać jak najwięcej stabilnych kryształów typu V, nie powinniśmy nigdy przekroczyć temperatury 34.5°C podczas topienia czekolady (do takich eksperymentów bardzo przydaje się dokładny termometr). Jak to przeprowadzić w praktyce?   Najlepszym sposobem na uzyskanie poprawnie zatemperowanej czekolady jest topienie uprzednio pokrojonej na drobne wióry czekolady w kąpieli wodnej, przy czym powinniśmy ją tylko delikatnie nadtopić. Gdy widzimy, że zaczyna się proces topienia, powinniśmy odsunąć ja od źródła ciepła i dalej mieszać, aż do stopienia całości czekolady. Uwaga! Całą czekoladę powinniśmy podgrzać to temperatury >37°C ale nie wyższej niż 42°C  to nam zagwarantuje, że wszystkie formy krystaliczne ulegną... czytaj dalej

Czekolada i wino. Część 2: Jak podawać czekoladę z winem.

Ostatnio poniosła mnie trochę fantazja. Może nie ułańska bo nie znajdowałam się w pobliżu żadnej stadniny, ale fantazja kulinarna. Odgrzebałam któryś  ze starych wpisów gdzie się zarzekałam, że ta strona nie jest w zamierzeniu blogiem kulinarnym. Jednak do tego stopnia pochłonęło mnie tworzenie, że radością napełniała mnie sama myśl o podzieleniu się moimi nowo zdobytymi umiejętnościami czekoladnika. Po Wielkanocnej nadpodaży kalorycznej postanowiłam, zamiast przygotowywać kolejną porcję pralin, zająć się ponownie aspektem teoretycznym. Dziś będzie o serwowaniu czekolady. I to nie byle jak, ale w duecie z jednym z najromantyczniejszych, a jednocześnie najbardziej zdradliwych trunków. Chodzi rzecz jasna o wino. Pomijając już aspekt  dobierania tegoż trunku do jakiegokolwiek dania,  wedle arkanów  sztuki sommelierskiej, parowanie wina i czekolady wydaje się być sztuką szczególnie skomplikowaną. Jak już wspomniałam podając przepis na praliny winne (tu) wbrew podobieństwom strukturalnym wino i czekolada zdają się być raczej połączeniem z piekła rodem. Możemy podejść do sprawy według poniższych kluczy wyszczególnionych przeze mnie : Opcja 1. Możemy założyć, że czekolada  nie jest potrawą sensu stricte. Z czekolady dopiero się przyrządza potrawy. Dzięki temu mamy z głowy cały dylemat . Dla uczczenia małego zwycięstwa  otwieramy butelkę ulubionego wina i raczymy się nim do woli. Tudzież do dna, zależy co prędzej nastanie . Opcja 2. Traktujemy czekoladę jak mięso i parujemy według klucza kolorystycznego. Białe i białe, ciemne i ciemne. Słodkie i bardzo słodkie. Niby oficjalna zasada dobierania ubioru głosi : „Nie wolno zakładać krawata i koszuli w tym samym kolorze”, ale ani ze mnie żadna szafiarka ani tym bardziej z gorzkiej (ale nie żołądkowej!) żaden krawat lub inna mucha. Zwyciężyliśmy! W nagrodę otwieramy butelkę ulubionego wina  i raczymy się nim do woli.... czytaj dalej

Czekolada i wino. Część 1 : “Trufle z czerwonym winem”.

„Love and marriage, they come together like a horse and carriage”, śpiewał  onegdaj Frank Sinatra. Wino i czekolada teoretycznie mają wiele wspólnego. Świetnie się komponują wizualnie jako prezent na Walentynki czy inny Dzień Kobiet, kojarzą się z luksusem i zmysłowością. Co do samego połączenia smakowego wina i czekolady, taki mix ma zarówno wiernych fanów jak i zagorzałych przeciwników. Każdy kto próbował podać wino wraz z czekoladą zapewne doświadczył stanu galopującego głowobólu. O serwowaniu wina i czekolady jeszcze wyprodukuję notatkę, a tymczasem podróż przez ten niełatwy temat proponuję zacząć od praktyki, przygotować kilka cudownych winnych trufli i nabrać własnego zdania.  Do teorii zawsze można  powrócić. Parokrotnie próbowałam przygotować winne praliny samodzielnie, ale zawsze coś  mi się rozjeżdzało z konsystencją. Masa nie chciała zastygać, lała się smętnie przez łyżkę. Aż któregoś dnia uznałam, że chcąc osiągnąć Level: Master, muszę się wesprzeć internetami. Spacerując po sieci znalazłam ciekawy przepis na blogu Pastry Affair. Zmodyfikowałam go odrobinę na własne potrzeby i oto dzielę się swoimi kulinarnymi osiągnięciami. Składniki na  ok. 30 sztuk pysznych pralinek: 220 gr ciemnej czekolady (min 70%) 100 ml czerwonego, wytrawnego wina ( ja użyłam argentyńskiego wina szczepu malbec ) 50 gr serka mascarpone Ok. 50 gr kakao w proszku Przygotowanie: Wino wlewamy do garczka i podgrzewamy Gdy wino osiągnie temperaturę ok 60°C wrzucany posiekaną czekoladę Całość mieszamy aż czekolada się rozpuści, po czym zdejmujemy ze źródła ciepła Czekamy aż czekolada z winem się schłodzi i dodajemy mascarpone Odstawiamy na ok. godzinę w chłodne miejsce (Uwaga! Nie wkładamy do zamrażarki, gwałtowne obniżenie temperatury spowoduje, że nasze trufle będą grudowate w strukturze.) Po godzinie, gdy masa powinna już zastygnąć, możemy zacząć formować kulki Tak... czytaj dalej