Czekolada na diecie sportowej

Czekolada na diecie sportowej

Trochę mnie ostatnio wciągnęło na dłużej. Okazuje się, że życie offline potrafi być na tyle absorbujące, że nie zawsze jestem w stanie zebrać myśli i nakreślić parę zdań. Jednym z miejsc na mapie miasta, w którym bywam nader często jest siłownia. Żeby nie zostać posądzoną o hipokryzję postanowiłam przyjrzeć się czekoladzie i diecie. Czy czekolada na diecie (w sensie konsumpcji) to oksymoron? Trzeba być „Fit”. Fit jest git, a wiadomo kto jada czekoladę- spaślaczki i małe leniwe grubaski. Czy aby na pewno? Czy czekolada na diecie to hit czy kit? Zgodnie ze sztuką, zacznijmy od rozwinięcia definicji diety sportowej. Czym zatem różni się dieta osoby aktywnej fizycznej od tej stosowanej przez przeciętnego lwa kanapowego? Różnica zarysowuje się przede wszystkim w zalecanej podaży makroskładników. W diecie sportowca zdecydowanie największą rolą pełni białko. W zależności od celów treningowych (redukcja lub masa), osoba ćwicząca powinna spożywać między 1.7 a 3.3 g białka na kg masy ciała (po dokładniejsze  informację odsyłam na specjalistyczne fora sportowe – sfd czy kfd Drugą sprawą, na którą bez wątpienia zwracają uwagę „ poważni” (czyli tacy, którzy nie przychodzą tylko po to, aby zrobić sobie słit focię ze sztangielką) bywalcy przybytków siłownianych to cukier. Zasada jest prosta – wywalamy go całkowicie z diety. Jak wpasować czekoladę w powyższe zasady? O tym czy czekolada naprawdę tuczy pisałam już tu . Mało kto jest cyborgiem i prawie każdemu zdarzają się dietowe wpadki. Pocieszającym jest fakt, że można jeść słodkie i czekoladowe produkty i nadal nie łamać założeń diety. Jeżeli będziemy się pilnowali i zastępowali cukier jego zamiennikami (erytrol, ksylitol czy stewia), możemy raczyć się czekoladą bez wyrzutów sumienia (oczywiście pamiętając o kaloriach). O cudownych...
Czy czekolada może uleczyć złamane serce?

Czy czekolada może uleczyć złamane serce?

Dawno mnie nie było. Remont zawładnął moim życiem i domem. Jakimś dziwnym trafem metrowy poziom pyłu nie wpłynął na moje pisarskie zdolności (a i chęci) zbyt dobrze. Kto śledzi mojego Instagrama (choca_loca_offical, no agenda), zdążył się zapewne zorientować, że ostatnie zdjęcia znacznie odbiegają od tematyki przewodniej. Ma to  również związek z tym, że zostałam pozbawiona miejsca do pracy, a  temperówka mimo wymiany silnika nadal nie działa. Jednym słowem : katastrofa . Cała ta sytuacja trochę mnie podłamała. Siedzę po ciemnicy i zastanawiam się, czy mogę uleczyć lekko złamane serce czekoladą? Pojęcie „comfort food” chyba jest nieobce wszystkim obżartuchom.  W ramach kojenia smutków wszelakich nierzadko zdarza się nam sięgać po czekoladę, zatem jak najbardziej możemy ją zaliczyć do tej kategorii produktów przynoszących ulgę w cierpieniach (mówcie mi Fräulein Werter). Dlaczego przy wszelkich zawodach sercowych sięgamy akurat po czekoladę? Wyobrażacie sobie sytuację, że dzwoni do was najlepsza przyjaciółka i mówi : „rzucił mnie dziś facet, mam złamane serce (szloch, szloch). Musimy się spotkać i opychać się bobem (tudzież innym kalafiorem czy brukselką)”? Wydawać by się mogło, że cały uzdrawiający duszę trick polega na, tak kojącej, tępionej przez dietetyków,  mieszance cukru i tłuszczu ( o tym czy czekolada tuczy pisałam tu). Jednak te dwa składniki nie przesądzają  jeszcze sprawy . Żeby zrozumieć fenomen czekolady trzeba się cofnąć do jej historii. Wielu łasuchów jest zaskoczonych gdy słyszy pierwszy raz o prozdrowotnych właściwościach czekolady. Oczywiście nie mówimy tu o mlecznej czy białej, ale o tej ciemnej,o co najmniej 70% zawartości dobroczynnej miazgi kakaowej. Czekolada pierwotnie, wśród ludów Mezoameryki, była spożywana w postaci płynnej z dodatkiem chili. Tak przygotowana uchodziła nie tylko za „napój bogów”, lecz również za...
Suszone śliwki w czekoladzie.

Suszone śliwki w czekoladzie.

Piątunio. Szósta rano. Dzwoni budzik. Leniwie uwalniam się z objęć Morfeusza. Gdy wychylam się spod kołdry przechodzi mnie dreszcz. Z zimna. Wyglądam za okno- ostre, jesienne niemal, słońce. W tym momencie dociera do mnie , że „wakacje” dopiero minęły półmetek, ale lato już powoli przemija (akurat jesień to moja ulubiona pora roku, nastraja mnie nieco melancholijnie co przy moim charakterze liczy się na plus). Wczesna jesień nieodmiennie kojarzy mi się z bielą i granatem mundurków szkolnych i to mimo tego, że sama uczennicą nie jestem od dawna, a i za moich czasów mundurków w szkołach nie było. A także z pysznymi węgierkami rwanymi z drzewa stojącego w ogrodzie mojej Babci, zżeranymi jeszcze podczas balansowania na drabinie. Dlatego też dziś rano pomyślałam, że czas przygotować najbardziej jesienne z czekoladowych łakoci- suszone śliwki w czekoladzie. Samo suszenie śliwek stanowi nie lada wyzwanie. Jeżeli nie nigdy nie suszyliście śliwek w domu i nie macie suszarki na stanie, zakupcie śliwki już ususzone (ciocia Anuszka radzi- szukajcie tych bez dodatku cukru, postawcie najlepiej na produkty bio). Dlaczego tak? Ano dlatego, że śliwki e zawierają dużo wody przez co proces suszenia niemiłosiernie się wydłuża , a także zawierają dużo cukru.  przez co aż nazbyt  łatwo można je skarmelizować (czytaj : spalić). Dla tych z Was, którzy są na propsie polecam przepis z Poradnika Ogrodniczego . Może komuś suszenie pójdzie lepiej niż mi ( jeżeli tak to nie omieszkajcie mi napisać, będę wdzięczna. Człowiek uczy się w końcu całe życie) Gdy już mamy suszone śliwki, możemy przystąpić do dzieła. Składniki: Suszone śliwki- 50 g Tarta skórka pomarańczowa – łyżeczka Gorzka czekolada 70%  -100g Cynamon – łyżeczka, plus...
Jak nie temperować czekolady czyli temperówka (nie taka znów) pomocna

Jak nie temperować czekolady czyli temperówka (nie taka znów) pomocna

Jak już pisałam ostatnio (tu) temperowanie czekolady trochę mi nie idzie ostatnimi czasy. Postanowiłam się trochę wspomóc technologią i zakupić temperówkę. W naszym pięknym kraju jedyne modele dostępne to modele przemysłowe, których cena zaczyna się  od kilkunastu tysięcy złotych. Postanowiłam trochę pogrzebać w internetach w poszukiwaniu czegoś bardziej na moją kieszeń. Ku mojej radości znalazłam małą temperówkę do domowego użytku marki ChocoVision- pełna nazwa to C116MINIREV1 Rev Chocolate Tempering Machine, Mini. Cena oscyluje wokół 350 USD. Może nie jest najniższa ale dla kogoś, kto tak jak ja temperuje niemal bez przerwy,  taka inwestycja szybko by się zwróciła. Niestety ten model nie jest dostępny w Polsce a zatem musiałam dokonać zakupu w Stanach. Przed wyjęciem karty kredytowej z portfela dopytałam pięciu o osób  o wykształceniu technicznym, czy aby na pewno mogę zaszaleć z zakupem i czy podaż 230 volt na urządzenie przeznaczone na 110 volt jest bezpieczna. Od każdej z zapytanych przeze mnie osób usłyszałam inną wersję tego co powinnam zrobić, żeby taki sprzęt się nie spalił. Ostatecznie za namową Pana Technicznie Ogarniętego zdecydowałam się na zakup adaptera US – PL z uziemieniem i zabezpieczeniem przeciwprzepięciowym. Z drżeniem rąk i serca podłączyłam dziś mój nowy nabytek do prądu. I działał!! Całe 15 sekund zanim coś w nim pyknęło i się wyłączył… I to by było na tyle mojej przygody z automatycznym temperowaniem. Chyba jestem skazana na termometr cukierniczy przez następnych parę miesięcy. Generalnie Polak a także Polka mądrzy po szkodzie. Dopiero gdyby stałam się biedniejsza o jedną temperówkę zorientowałam się jakie miałam szczęście, że nie spaliłam sobie domu ani nie poraził mnie prąd.   A tak by działała gdyby działała :...
Czekoladki na Dzień Matki- solony karmel w nowej odsłonie

Czekoladki na Dzień Matki- solony karmel w nowej odsłonie

O rany Julek! Nie wiem całkiem jak to się stało, ale mam od miesiąca dwie notki rozgrzebane. Writer’s block i proza życia chyba mnie zżarły, bo niestety nie mogę wyjść poza dwa akapity. Tymczasem dla rozluźnienia zerkam w kalendarz, a tam: Mamma Mia! Dzień Matki już za pasem! Tym razem postanowiłam wyprzedzić kalendarz i zrobić czekoladki na prezent już dziś. Na początek musiałam się zastanowić,  jakie powinny być czekoladki na Dzień Matki? Na pewno wyjątkowe i niepowtarzalne (ach te wyświechtane banały, wszyscy je kochamy ).  Na pewno powinny być w kształcie serca, najlepiej czerwonego bądź różowego. Ale nadzienie? Jakie nadzienie będzie najlepsze? Następny akapit będzie wydumany (parental advisory!), więc co wrażliwsze jednostki powinny być przygotowane na mimowolne zgrzytanie zębami. Chciałam, żeby czekoladowe serca swym wnętrzem oddawały  niepowtarzalność relacji między matką a dzieckiem. Mówi się (ekhem, prasa kobieca tak twierdzi), że relacja matki z córką jest jedną z najtrudniejszych relacji międzyludzkich. Mając doświadczenie jednostronne  stwierdzam, że ta relacja na pewno jest barwna i zdecydowanie emocje jej towarzyszące  tworzą pełne spektrum. I tu pojawiła się moja odpowiedź! Czekoladki nie powinny być jednoznaczne w smaku. Czyżby kolejny banał skradał się wielkimi krokami….?? Co to oznacza w praktyce? Amerykanie, naród przodujący w kulinarnych wynalazkach tego świata, już jakiś czas temu odkryli hipnotycznie-narkotyczne połączenie słodkiego i słonego (solone precelki albo chipsy w czekoladzie, albo salted caramel!) Kto nie próbował niech czym prędzej naprawi ten błąd. Połączenie na pierwszy rzut oka (ale tylko oka, kubki smakowe to kochają) nieoczywiste, a jednak powalające na kolana. A zatem, Ladies and Gentlemen, prezentuję czekoladki z nadzieniem z solonego karmelu z wkładką niespodzianką! Maestro? Musica! Do zrobienia 20 sztuk...
Czekolada i wino. Część 1 : “Trufle z czerwonym winem”.

Czekolada i wino. Część 1 : “Trufle z czerwonym winem”.

„Love and marriage, they come together like a horse and carriage”, śpiewał  onegdaj Frank Sinatra. Wino i czekolada teoretycznie mają wiele wspólnego. Świetnie się komponują wizualnie jako prezent na Walentynki czy inny Dzień Kobiet, kojarzą się z luksusem i zmysłowością. Co do samego połączenia smakowego wina i czekolady, taki mix ma zarówno wiernych fanów jak i zagorzałych przeciwników. Każdy kto próbował podać wino wraz z czekoladą zapewne doświadczył stanu galopującego głowobólu. O serwowaniu wina i czekolady jeszcze wyprodukuję notatkę, a tymczasem podróż przez ten niełatwy temat proponuję zacząć od praktyki, przygotować kilka cudownych winnych trufli i nabrać własnego zdania.  Do teorii zawsze można  powrócić. Parokrotnie próbowałam przygotować winne praliny samodzielnie, ale zawsze coś  mi się rozjeżdzało z konsystencją. Masa nie chciała zastygać, lała się smętnie przez łyżkę. Aż któregoś dnia uznałam, że chcąc osiągnąć Level: Master, muszę się wesprzeć internetami. Spacerując po sieci znalazłam ciekawy przepis na blogu Pastry Affair. Zmodyfikowałam go odrobinę na własne potrzeby i oto dzielę się swoimi kulinarnymi osiągnięciami. Składniki na  ok. 30 sztuk pysznych pralinek: 220 gr ciemnej czekolady (min 70%) 100 ml czerwonego, wytrawnego wina ( ja użyłam argentyńskiego wina szczepu malbec ) 50 gr serka mascarpone Ok. 50 gr kakao w proszku Przygotowanie: Wino wlewamy do garczka i podgrzewamy Gdy wino osiągnie temperaturę ok 60°C wrzucany posiekaną czekoladę Całość mieszamy aż czekolada się rozpuści, po czym zdejmujemy ze źródła ciepła Czekamy aż czekolada z winem się schłodzi i dodajemy mascarpone Odstawiamy na ok. godzinę w chłodne miejsce (Uwaga! Nie wkładamy do zamrażarki, gwałtowne obniżenie temperatury spowoduje, że nasze trufle będą grudowate w strukturze.) Po godzinie, gdy masa powinna już zastygnąć, możemy zacząć formować kulki Tak...