Dechox czyli o detoksie czekoladowym słów kilka

Dechox czyli o detoksie czekoladowym słów kilka

W trakcie niedawnych peregrynacji czyli zwiedzania wirtualnego świata natknęłam się na dość specyficzną kampanię (pro)zdrowotną.  Dechox czyli detoks czekoladowy to kampania zaprojektowana przez British Health Foundation. Jak czytamy na  stronie projektu, „dechox to wyzwanie, na bazie którego ponad 16000 osób w Wielkiej Brytanii w marcu zdecydowało się zaprzestać jedzenia czekolady, wspierając tym samym badania nad chorobami serca”. Czy dechox czyli detoks czekoladowy jest naprawdę potrzebny? Według pomysłodawców akcji czekolada ma katastrofalny wpływ ma organizm ludzki  (vide strona z popularnymi mitami dotyczącymi czekolady) . Przytoczę tylko kilka z przedstawionych tam popularnych wierzeń. Według British Health Foundation między bajki należy włożyć pomysł, że ciemna czekolada jest zdrowsza aniżeli mleczna czy też biała (punkt trzeci na liście). Zanim zaginęłam w akcji popełniłam wpis dotyczący jedzenia czekolady na tzw. diecie sportowej (klik). Chciałabym niniejszym przypomnieć, że ciemna czekolada może być jak najbardziej wartościowym składnikiem diety „koksa” oraz diety odchudzającej (sic!), ze względu na dobroczynne składniki zawarte w kakao, które pomagają utrzymać gospodarkę insulinową w ryzach, a także szereg mikro- i makroskładników mających dobroczynny wpływ na organizm ludzki. Kolejny kuriozalny, moim zdaniem, mit odnosi się do spożycia czekolady przez diabetyków. Autorzy kampanii piszą, że „jeżeli masz cukrzycę to powinieneś móc spożywać umiarkowane ilości czekolady. Nie ma potrzeby zastępowania zwykłej czekolady produktami oznaczonymi jako produkty dla diabetyków”. A jaki jest powód zaniechania takiej zamiany? Na stronie czytamy : „Produkty przeznaczone dla diabetyków są bogatsze w tłuszcz i mogą mimo wszystko powodować wzrost poziomu cukru we krwi”. Rozumiem, że w szkołach podstawowych mogą nie nauczać fizjologii człowieka w rozszerzonym zakresie, ale British Health Foundation, jak rozumiem, tworzą lekarze (?). W związku z tym o pomstę woła przestarzały,...
Czekolada na diecie sportowej

Czekolada na diecie sportowej

Trochę mnie ostatnio wciągnęło na dłużej. Okazuje się, że życie offline potrafi być na tyle absorbujące, że nie zawsze jestem w stanie zebrać myśli i nakreślić parę zdań. Jednym z miejsc na mapie miasta, w którym bywam nader często jest siłownia. Żeby nie zostać posądzoną o hipokryzję postanowiłam przyjrzeć się czekoladzie i diecie. Czy czekolada na diecie (w sensie konsumpcji) to oksymoron? Trzeba być „Fit”. Fit jest git, a wiadomo kto jada czekoladę- spaślaczki i małe leniwe grubaski. Czy aby na pewno? Czy czekolada na diecie to hit czy kit? Zgodnie ze sztuką, zacznijmy od rozwinięcia definicji diety sportowej. Czym zatem różni się dieta osoby aktywnej fizycznej od tej stosowanej przez przeciętnego lwa kanapowego? Różnica zarysowuje się przede wszystkim w zalecanej podaży makroskładników. W diecie sportowca zdecydowanie największą rolą pełni białko. W zależności od celów treningowych (redukcja lub masa), osoba ćwicząca powinna spożywać między 1.7 a 3.3 g białka na kg masy ciała (po dokładniejsze  informację odsyłam na specjalistyczne fora sportowe – sfd czy kfd Drugą sprawą, na którą bez wątpienia zwracają uwagę „ poważni” (czyli tacy, którzy nie przychodzą tylko po to, aby zrobić sobie słit focię ze sztangielką) bywalcy przybytków siłownianych to cukier. Zasada jest prosta – wywalamy go całkowicie z diety. Jak wpasować czekoladę w powyższe zasady? O tym czy czekolada naprawdę tuczy pisałam już tu . Mało kto jest cyborgiem i prawie każdemu zdarzają się dietowe wpadki. Pocieszającym jest fakt, że można jeść słodkie i czekoladowe produkty i nadal nie łamać założeń diety. Jeżeli będziemy się pilnowali i zastępowali cukier jego zamiennikami (erytrol, ksylitol czy stewia), możemy raczyć się czekoladą bez wyrzutów sumienia (oczywiście pamiętając o kaloriach). O cudownych...
Czy czekolada może uleczyć złamane serce?

Czy czekolada może uleczyć złamane serce?

Dawno mnie nie było. Remont zawładnął moim życiem i domem. Jakimś dziwnym trafem metrowy poziom pyłu nie wpłynął na moje pisarskie zdolności (a i chęci) zbyt dobrze. Kto śledzi mojego Instagrama (choca_loca_offical, no agenda), zdążył się zapewne zorientować, że ostatnie zdjęcia znacznie odbiegają od tematyki przewodniej. Ma to  również związek z tym, że zostałam pozbawiona miejsca do pracy, a  temperówka mimo wymiany silnika nadal nie działa. Jednym słowem : katastrofa . Cała ta sytuacja trochę mnie podłamała. Siedzę po ciemnicy i zastanawiam się, czy mogę uleczyć lekko złamane serce czekoladą? Pojęcie „comfort food” chyba jest nieobce wszystkim obżartuchom.  W ramach kojenia smutków wszelakich nierzadko zdarza się nam sięgać po czekoladę, zatem jak najbardziej możemy ją zaliczyć do tej kategorii produktów przynoszących ulgę w cierpieniach (mówcie mi Fräulein Werter). Dlaczego przy wszelkich zawodach sercowych sięgamy akurat po czekoladę? Wyobrażacie sobie sytuację, że dzwoni do was najlepsza przyjaciółka i mówi : „rzucił mnie dziś facet, mam złamane serce (szloch, szloch). Musimy się spotkać i opychać się bobem (tudzież innym kalafiorem czy brukselką)”? Wydawać by się mogło, że cały uzdrawiający duszę trick polega na, tak kojącej, tępionej przez dietetyków,  mieszance cukru i tłuszczu ( o tym czy czekolada tuczy pisałam tu). Jednak te dwa składniki nie przesądzają  jeszcze sprawy . Żeby zrozumieć fenomen czekolady trzeba się cofnąć do jej historii. Wielu łasuchów jest zaskoczonych gdy słyszy pierwszy raz o prozdrowotnych właściwościach czekolady. Oczywiście nie mówimy tu o mlecznej czy białej, ale o tej ciemnej,o co najmniej 70% zawartości dobroczynnej miazgi kakaowej. Czekolada pierwotnie, wśród ludów Mezoameryki, była spożywana w postaci płynnej z dodatkiem chili. Tak przygotowana uchodziła nie tylko za „napój bogów”, lecz również za...
Bean-to-bar. Z czym to się je?

Bean-to-bar. Z czym to się je?

Bean to bar to pojęcie stosunkowo nowe w Polsce, jednakże na świecie ta technika produkcji czekolady znana jest od dawna. Na czym więc polega produkcja bean to bar i co czyni ją na tyle wyjątkową, że coraz więcej małych manufaktur czekolady umieszcza na etykiecie z niemałą dumą informację o zastosowaniu właśnie tej techniki? Bean to bar oznacza produkcję od ziarna kakao do tabliczki. Przetłumaczyłam trzy angielskie słowa, więc teoretycznie mogę odhaczyć wpis jako zrobiony i pójść od kompa porozkoszować się filiżanką zielonej herbaty wieczorową porą. No dobra , a teraz na poważnie. Skoro temat został już polizany przez szybkę to rozpracujmy go do końca i to biegusiem, bo wspomniana herbata stygnie. Jak powstaje kochana przez wszystkich (?) czekolada? Głównym składnikiem każdej czekolady, oprócz rzecz jasna białej, jest miazga kakaowa.  Jak wiadomo miazga nie rośnie na drzewie, tylko jest produktem przetworzonym. Jak zatem wygląda proces technologiczny? Najpierw ziarno kakao zostaje zebrane. Następnie układa się je na wilgotnych matach przykryte liśćmi bambusowymi, żeby zaszedł proces fermentacji (taki surowiec służy do produkcji czekolad  surowych).  Sfermentowane ziarno ciemnieje sprawiając wrażenie przypieczonego. Fermentacja polepsza smak kakao sprawiając, że traci gorzkawy posmak. Po zakończeniu fermentacji kakao zostawia się, nierzadko na parę tygodni, na słońcu aby wyschło. W dalszej kolejności ziarno się praży. Prażenie Uwaga techniczna! Większość ziaren kakao dostępnych na rynku detalicznym jest jedynie fermentowana a nie prażona. A zatem jeżeli chcemy się pobawić w bean to bar w domu musimy kakao uprażyć w piekarniku. Wystarczy wyłożyć ziarno kakao na blachę i wstawić do piekarnika na 10-20 minut i prażyć w temperaturze 120-180 º C   Tak przygotowane ziarno następnie się konszuje. Konszowanie pochodzi od hiszpańskiego słowa concha oznaczającego...
Jak temperować czekoladę cz.3

Jak temperować czekoladę cz.3

Straciłam ostatnio synchrona z Matką Ziemią. Niejedno słowo już spłynęło i wypłynęło na tej stronie na temat temperowania czekolady a jednak od jakiegoś czasu nie potrafię tego ogarnąć w praktyce. Może spadek formy, a może nie ta chemia. W każdym bądź razie, ostatnio nie temperuję najlepiej. W związku z tym postanowiłam się trochę dokształcić. Stąd też kolejna odsłona cyklu „Jak temperować czekoladę”. Dziś będzie dużo teorii, mało praktyki, dlatego proponuję, zanim zasiądziecie do dalszego czytania, zaparzcie sobie ulubioną herbatę. Kiedy już dzierżycie napój w dłoniach, możemy przystąpić do działania, tfu,czytania. Jak już wspomniałam w poprzednim wpisie dotyczącym temperowania czekolady (tu) jedną z niezwykłych właściwości tej substancji, jest to, że idealnie zatemperowana, topi się w temperaturze zbliżonej do temperatury ludzkiego ciała (37°C). Niestety, żeby to osiągnąć trzeba się sporo namęczyć. Jak już wspomniałam, problematycznym czynnikiem jest masło kakaowe, a konkretnie struktury kryształów tegoż. Żeby jeszcze utrudnić sprawę, a także wmieszać trochę fizyki, pragnę dodać, że tzw.  form krystalicznych w maśle kakaowym występuje sześć (!!!) rodzajów. Właściwości poszczególnych typów zebrałam w poniższej tabeli.     Żeby uzyskać jak najwięcej stabilnych kryształów typu V, nie powinniśmy nigdy przekroczyć temperatury 34.5°C podczas topienia czekolady (do takich eksperymentów bardzo przydaje się dokładny termometr). Jak to przeprowadzić w praktyce?   Najlepszym sposobem na uzyskanie poprawnie zatemperowanej czekolady jest topienie uprzednio pokrojonej na drobne wióry czekolady w kąpieli wodnej, przy czym powinniśmy ją tylko delikatnie nadtopić. Gdy widzimy, że zaczyna się proces topienia, powinniśmy odsunąć ja od źródła ciepła i dalej mieszać, aż do stopienia całości czekolady. Uwaga! Całą czekoladę powinniśmy podgrzać to temperatury >37°C ale nie wyższej niż 42°C  to nam zagwarantuje, że wszystkie formy krystaliczne ulegną...
Czekolada i wino. Część 2: Jak podawać czekoladę z winem.

Czekolada i wino. Część 2: Jak podawać czekoladę z winem.

Ostatnio poniosła mnie trochę fantazja. Może nie ułańska bo nie znajdowałam się w pobliżu żadnej stadniny, ale fantazja kulinarna. Odgrzebałam któryś  ze starych wpisów gdzie się zarzekałam, że ta strona nie jest w zamierzeniu blogiem kulinarnym. Jednak do tego stopnia pochłonęło mnie tworzenie, że radością napełniała mnie sama myśl o podzieleniu się moimi nowo zdobytymi umiejętnościami czekoladnika. Po Wielkanocnej nadpodaży kalorycznej postanowiłam, zamiast przygotowywać kolejną porcję pralin, zająć się ponownie aspektem teoretycznym. Dziś będzie o serwowaniu czekolady. I to nie byle jak, ale w duecie z jednym z najromantyczniejszych, a jednocześnie najbardziej zdradliwych trunków. Chodzi rzecz jasna o wino. Pomijając już aspekt  dobierania tegoż trunku do jakiegokolwiek dania,  wedle arkanów  sztuki sommelierskiej, parowanie wina i czekolady wydaje się być sztuką szczególnie skomplikowaną. Jak już wspomniałam podając przepis na praliny winne (tu) wbrew podobieństwom strukturalnym wino i czekolada zdają się być raczej połączeniem z piekła rodem. Możemy podejść do sprawy według poniższych kluczy wyszczególnionych przeze mnie : Opcja 1. Możemy założyć, że czekolada  nie jest potrawą sensu stricte. Z czekolady dopiero się przyrządza potrawy. Dzięki temu mamy z głowy cały dylemat . Dla uczczenia małego zwycięstwa  otwieramy butelkę ulubionego wina i raczymy się nim do woli. Tudzież do dna, zależy co prędzej nastanie . Opcja 2. Traktujemy czekoladę jak mięso i parujemy według klucza kolorystycznego. Białe i białe, ciemne i ciemne. Słodkie i bardzo słodkie. Niby oficjalna zasada dobierania ubioru głosi : „Nie wolno zakładać krawata i koszuli w tym samym kolorze”, ale ani ze mnie żadna szafiarka ani tym bardziej z gorzkiej (ale nie żołądkowej!) żaden krawat lub inna mucha. Zwyciężyliśmy! W nagrodę otwieramy butelkę ulubionego wina  i raczymy się nim do woli....